Sprzedałam auto - 17letnia astra. Według mnie było w dobrym stanie, przechodziło co rok przegląd, na diagnostyce wychodziły jakieś drobnostki i były robione na bierząco.
Po 29 dniach od sprzedaży nabywca dzwoni do mnie i mówi że auto jest w bardzo złym stanie i jego mechanik znalazł w nim masę usterek - wysłał mi listę - chyba 12 pozycji:
na czele: wycieki oleju na łączeniu skrzyni biegow i silnika, nieszczelnosc węża chłodnicy, rdza zawieszenia - wahaczy itp, pęknięta sprężyna, luz na śwożniu i głośny łancuch rozrządu (chwile po odpaleniu - syn twierdzi że to norma w oplach) I chyba jeszcze kilka drobnniejszych rzeczy.
Kupujący chce pokrycia większości kosztów - wiecej niż polowa zaplaconej mi kwoty za auto.
Na umowie był paragraf że kupujący zapoznał się ze stanem technicznym i nie będzie z tego tytułu miał w przyszłości roszczeń. Jak rozumiem jest to zrzeczenie się rekojmi która jak wyczytałam jest dobrowolna w przypadku sprzedaży przez osobę prywatną.
Odpowiedziałam kupującemu, że auto oglądał przy zakupie i podpisał umowę w ktorej jest punkt o zapoznaniu się ze stanem auta. On natomiast twierdzi że podpisał umowę, ale wspomniany paragraf jest nieważny bo wprowadziłam go w błąd opisem ogłoszenia w którym napisałam, że auto jest w dobrym stanie i nie potrzebuje inwestycji.
Oczywiście straszenie sądami itp. Czy mam się czego obawiać? Jak będzie trzeba to pójdę do sądu bo uważam, że sprzedając tak stare auto nie mogę odpowiadać jakbym była dilerem i sprzedawała nówkę albo prawie nówkę. Auto nie miało na karoserii grama rdzy, a od spodu pewnie różne rzeczy się działy, ale jesli diagnosta mi podbijał przeglądy to więcej się nie interesowałam. Jeżdziłam nim niewiele ale na pewno nic nie stukało, zresztą nabywca pojeździł nim sporo na jeździe próbnej i wszystko mu pasowało.