Jeśli zawnioskujemy o zwrot kosztów (pełnomocnik może np. zapomnieć) i jeśli wygramy. Korzystając z "pomocy prawnej" jaką miałem okazję oglądać na własne oczy szansę na wygraną raczej sobie zmniejszamy niż zwiększamy.
Nie wiem, jakie miejsca są "odpowiednie" - nie mieszkam w Warszawie, próbowałem korzystać kilka razy z lokalnych kancelarii u siebie na zadupiu, z miernym skutkiem.
Ostatni raz w lutym tego roku byłem w wielce prestiżowej kancelarii, sąsiadującej z osiedlowym sklepem "Świat Alkoholi KOALA" - wcześniej obdzwoniłem parę innych, gdzie pierwsze pytanie, jakie mi zadawano, brzmiało: w czyim imieniu działam. Odpowiedź że w swoim własnym, jako osoba fizyczna, kończyła rozmowę - przynajmniej taki plus, że uczciwie stawiają sprawę. Tylko pod jednym z telefonów wyrazili zainteresowanie i kazali przyjść. Rozmowa nazywała się "konsultacja prawna" i kosztowała 250 zł netto (płatne z góry). Rozmówca w ogóle nie był zainteresowany przedmiotem sporu, w którym miał mnie reprezentować - wręczył mi kilka skserowanych kartek, które były "wzorem pozwu". Bazując na tym przykładzie miałem sam sobie taki pozew napisać i podesłać im mailem do weryfikacji. Po udzieleniu im pełnomocnictwa mieli ten pozew złożyć. Najistotniejszą częścią rozmowy był cennik: za każdy termin w sądzie 400 zł netto plus koszty dojazdu wg. rachunków. Z osobą, która będzie w moim imieniu występować przed sądem spotkam się dopiero na pierwszej rozprawie. Jeśli nie zamierzam do sądu przychodzić, to koszt rośnie do 600 zł netto za termin - i wcześniej będzie konieczne jeszcze jedno spotkanie (płatne oczywiście), gdzie przedstawię parę szczegółów sprawy, tak żeby mieli z grubsza pojęcie o co chodzi (co oznacza, że w tańszym wariancie pełnomocnik przyjdzie kompletnie nieprzygotowany, nie mając absolutnie żadnej wiedzy na temat sprawy, której spór dotyczy).
Przy tak "rzetelnym" podejściu do tematu raczej nie ma wątpliwości, o co tu chodzi: jest to strzyżenie frajerów i nic więcej.