Rzecz o...
Zaczęło się od tego, że Żonka po wielu latach namów zdecydowała się na zrobienie prawa jazdy, które, po wielu egzaminach uzyskała . Początkowo pod okiem męża nabywała doświadczenia na poczciwym Lanosie. Ale...
I tu właśnie zaczyna początek opowieści.
Lanos jaki jest każdy widzi, a mojej żonie zamiana foteli z pasażera na kierowcę wskazała na małe dogodności, których ja nie dostrzegam.
Dla niej jako początkującego kierowcy jest trochę za duży i zawsze parkuje mi go blok dalej gdzie jest luźniej co powoduje u mnie lekką panikę, bo nie widzę „dziadka” z okna .
Inna rzecz, że jak jej trochę jazda zaczęła iść stawiała mnie przed faktem dokonanym, że auto dzisiaj i teraz jest jej niezbędne. Cóż auto nie ma dwóch kierownic i dodatkowych pedałów wobec czego nie da rady się nim dzielić równocześnie w tym samym momencie. Dla dobra atmosfery w rodzinie i w obawie przed migreną po 22:00 , Żonka stawiała na swoim, a ja zacząłem myśleć o drugim aucie. Najpierw była opcja, żeby lanos został przypisany żonie, a ja poszukam czegoś większego. Ostatecznie pomysł z większym autem upadł, a w głowie żony zrodziła się chęć posiadania auta typowo miejskiego na dojazdy do pracy, zakupy, plażę etc.
Jako, że ma być to jej pierwsze auto na którym będzie zdobywać szlify, uznaliśmy, że nie ma być to samochód nowy, raczej wiekiem bliżej mu do lanosa- coby uniknąć niepotrzebnych wyrzutów sumienia podczas zdobywania kolejnych cennych doświadczeń. Budżet przewidziany na zakup to ok. 10 tyś. Zł oraz 2 tyś. na doprowadzenie auta do stanu pożądanego przez ze mnie.Po kilku wizytach w necie i pokazywaniu palcem na ulicy wybór zawężony został do Puga 206 i Clio II.
W tym celu założono wątek na Motokąciku w celu wyłonienia konkurenta- mimo słabej frekwencji w wątek musiał on być merytoryczny, bo wygrało Clio. Jako, że człek jest osobą wpływową na sugestie innych, a kolegów z AK wybitnie, przyjęto zasadę, że auta szukamy max w promieniu 200 kilometrów od domu. Nie będąc człowiekiem naiwnym zdaje sobie sprawę, że auta będą w granicach 10 lat i daleko im będzie do doskonałości ale należy wierzyć w kulturę techniczną Polaków i ich umiłowanie do prawdy.
Teraz zaczyna się kolejny rozdział tej powiastki.
Przyjęto, że auto musi posiadać jakieś systemy bezpieczeństwa tj. abs oraz poduszki powietrzne, namiastkę luksusu w postaci klimatyzacji (czego nie oferuje nasz lanos) oraz silnika benzynowego.
Pierwszy odsiew to wybór jednostki, diesle odpadły, a już sporym zawężeniem jest klimatyzacja, mimo tego dalej jest kilka stron ogłoszeń. Zawężamy jeszcze parametr o cenę pomiędzy 5-10 tyś zł
/nie potrzebujemy klikać na te ogłoszenia gdzie za 500 zł możemy nabyć puzzle albo elementy do nich/, więcej też nie, bo jednak z racji stażu małżeńskiego nasza miłość ma jakieś granice /zdrowego rozsądku/.
Po lekturach forów poświęconych Clio oraz doświadczeń brata z silnikiem 1.2 60KM szukamy jednostek 1.4 i w tym przypadku mamy 2 wybory 75KM i 98KM.- naprawdę im dalej w las tym ogłoszeń mniej.
Czas zacząć dzwonić po ogłoszeniodawcach ale tylko tych którzy w ogłoszeniu jako kraj nabycia i rejestracji pojazdu mają Polska- czyli nabyty w salonie nad Wisłą. Dzwonimy do sprzedawcy w tygodniu, umawiamy się na weekend i robimy sobie wycieczki.
Auto w ogłoszeniu rewelacja i zapewnień sprzedawcy również.
Niestety są to pobożne życzenia. Może przykładów kilka.
Samochód miał być od początku w rodzinie i serwisowany co akurat najmniej mnie interesuje. Faktycznie w rodzinie jest od prawie 10 lat, właściciel tato nie żyje 7, serwisowany był przez 1 rok. Obecny właściciel nie pamięta kiedy rozrząd wymieniany „olej to tak jakoś na jesieni ale jaki to nie wiem”. W ogłoszeniu auto niepalone. Faktycznie popielnik pusty ale podczas jazdy próbnej wypadają mi z kieszeni fajki, a sprzedawca prosi, żeby go poczęstować i w obłokach dymu wracamy. Odgłosy z zawieszenia przypominają wodogrzmoty na trasie do Morskiego Oka. Stan techniczny pozostałości skutecznie zniechęca do zakupu ale z grzeczności pytam ile jest do urwania. Niestety pan uznał to jako kiepski żart.
150 zł poszło się dmuchać czyli koszt LPG do lanosa i obiad po trasie.
Samochód sprzedaje pani, a w sumie to jej syn ponieważ pani tylko figurowała do zniżek w ubezpieczalni, auto ujeżdżał syn z synową. Auto z daleka się błyszczy nie sposób go nie zauważyć, wrażenia jak najbardziej pozytywne, lekki niesmak robią tjuningowe elementy na klapie wlewu.
Ale nie ma co zapeszać. Po otwarciu środka czar pryska. Otwierają się tylko drzwi kierowcy, bo pasażera mają ułamane klamki od środka i pozrywane cięgna, ponoć to nie przeszkadzało na co dzień w użytkowaniu. Podczas jazdy śmierdzi spalonym olejem. Silnik tak usyfiony, że sam diabeł nie wie skąd olej rzuca. Wydech gdzieś przepuszcza, klimatyzacja to wspomnienie. Grzecznie dziękujemy, że to jeszcze nie to, dla dobra kłamiemy, że kolor nie taki.
Tutaj tylko koszt 50 zł, bo mi LPG się w drodze powrotnej skończyło.
Samochód o młodej kobiety nie napiszę, inaczej o 34 letniej kobiecie nie napiszę, bo żona może się jeszcze obrazić. Pierwsze wrażenie pod przyjazdem na parking niczego sobie. Lekkie obcierki na zderzakach, poszczerbione kołpaki- widać, że kierowca mało wprawny. Pani otwiera auto, w miarę czysto, w komorze silnika bez wycieków, nic nie pucowane. Na bagnecie zonk, prawie nie umoczony w oleju. Pani odpala silnik, klepie niemiłosiernie. Od razu dziękujemy i przepraszamy za kłopot.
Kolejny zbiornik gazu i obiad. Z plusów zwiedzona całkiem fajna mieścina
Kolejne auto wszystko niby okej ale właściciel nie wyraża zgody na oględziny auta w serwisie, nie chce podać VIN-u do sprawdzenia. Ależ od czego jest telefon komórkowy, cichcem fota z dowodu rejestracyjnego- za „oczko” do pana w serwisie żona uzyskała info, że pan cofnął licznik lekko o 80 tyś km.
Półtora zbiornika LPG w obie strony ponad 400 km.
Po powrocie do domu czas na weryfikację swoich wymagań co do pochodzenia samochodu, niech już będzie import jakiś byle w Polszy to juz jakiś czas sie kulało. Obejrzałem w sumie kilka takich aut i stanem technicznym nie odbiegały one od tego co wyżej nasmarowałem.
Kuriozum tekst gościa, który twierdzi, że clio to dobry samochód, tylko wachę lać i olej wymieniać. Faktycznie tylko, bo wedle tego co ma w papierach i na liczniku przez 7 lat zrobił ponad 50 tyś km ogólnie auto ma ponad 180 tyś. km ale tylko raz jeszcze w Belgii miało zmieniany rozrząd ogolnie auto mocno wyeksploatowane, na bieżąco nic nie robione. Bezczelnie stwierdził, że myślał od sprzedaży od roku i te przyjemność zostawiał dla kupującego- naprawdę niektórzy mają fart. Inna sprawa, że porządnie nie potrafił wypełnić formularza ogłoszeniowego, bo auto nie miało klimatyzacji.
Inna białogłowa z miała takich chlew w samochodzie, że o pomstę do nieba woła, na szybko upychała śmieci pod fotelem, auto miało pękniętą szybę, z elektryki to praktycznie nic prócz radia nie działało. Z głupim smiechem tłumaczy palmy, a to że tusz się odrkęcił i pociapało się.
Jednak nie zniechęcamy się i szukamy dalej, poszerzamy horyzonty – niech sobie są sprowadzone nieopłacone czy przygotowane do rejestracji- autokomisy cały czas z boku.
I tutaj jest przykra niespodzianka, auta przywożą handlarze, którzy teraz czytać uważnie proponują fikcję spisania umowy pomiędzy sobą, Niemcem na którego auto to było zarejestrowane.
Niby nic ludzie tak od lat robią ale jakiś czas temu mój znajomego boleśnie o tym się przekonał, bo handlarz padł „ofiarą” kontroli skarbowej i opowiedział co i jak. Kolega ma poświadczenie nieprawdy, wyrok w zawiasach rok na trzy.
Byłem u takiego „importera” i musze przyznać, że auto technicznie o niebo lepiej wyglądało od tego co oglądałem – wszystko w aucie działało i w miarę nie tłukło ale z przyczyn dla mnie oczywistych odpadło. Naprawdę szkoda.
Dlatego później jak widziałem takie ogłoszenia to od razu przez telefon pytałem się jak rejestrować auto, jeżeli była opcja na Niemca to grzecznie dziękowałem.
Było też kilka takich sytuacji gdzie zdążyłem się umówić na oględziny ale jak potwierdzałem termin bądź sam byłem informowany, że już nieaktualne, bo auto się sprzedało. Czyli musiało być coś warte ale o tym sie już nie przekonam. Było tez takie gdzie z miłym panem się umowiłem ale zadzwonił mi żalem, że auto rozbił.
Prawdziwy fenomen to sprzedająca osoba prywatna z Polski-zamliczmy z jakiej miejscowości. Jako, że troche daleko miałem na wycieczkę, poprosiłem dobrą duszę z AK, żeby obejrzała co nie raz juz dla mnie robiła przy okazji poszukiwania auta nietypowego dla mnie. W ogloszeniu facet pisze, że na maile i sms-y nie odpowiada, na telefony raczej też. W końcu odebral ale tajemniczy don Pedro albo taka natura człowieka, nic sie nie dowiedziałem co w ogloszeniu, czy jest właścicielem, czy pośredniczy ale nic licze na kolegą z AK. Po kilku próbach AK-owicz się dodzwonił i umówił sie na spotkanie na ogledziny. Przyjechał, a sprzedający go olał, nie było jego ani nikogo coby auto mógł pokazać. Cóż próbowac trzeba dalej, dzwonię. Po którejś próbie udaje się, pytam grzecznie czy ogłoszenie aktualne. Reakcja rozmowcy mnie rozbiła kompletnie, opieprzył mnie, że ma dosyć odbierania telefonów, nie ma czasu. No żesz kurwancka myślę sobie- chyba dam sobie z nim spokój i tak też uczyniłem.
I teraz najciekawsze.
Po jednej z akcji gdzie nie zdążyłem, a praktycznie było tak, że ogłoszenie zostało dodane na portal ok. 22:00, a już nastepnego dnia gdy ok. godz.9 rano dzwoniłem było nieaktualne /z relacji sprzedającego wynika, że kupcy łaskawie do godz.6 dali mu pospać po czym obudzili i byli tak napaleni, że pod jego praca umowe podpisywali- pewno tacy zdesperowani jak ja/ trafiłem na ogloszenie autokomisu.
Było tam auto odpowiadające potrzebom i zakładanaemu budżetowi. Z ciekawości podjechalismy z kumplem i oglądamy. Po chwili podchodzi facet daje kluczyki, miernik lakieru i każe oglądać, jak coś potrzeba to mamy wołać..
Nadmienię, że to Clio to taka sierota na tym komisie pośród kilkuletnich BMW, Audi VW, Toyotek.
I teraz jestem zaskoczony, bo miernik w każdym miejscu wskazuje te same parametry. Cały czas pomny o ich cwaniactwie jestem czujny więc biegne do swojego auta które było malowane i do klapy bagażnika gdzie dodatkowo szpachlowana była i patrze jak zachowuje się miernik, a on on nie stoi w miejscu tylko cyferki mu rosną. No to dalej do Clio. Na błotniku widać lekkie przetracie- odnotowano sobie w głowie. W środku czysto- tak wiem, że to handlarz i pucuje ale jakoś to inaczej niż w chlew wejść. Elektryka działa, znaczy się to co jest na guzik działa bez zastrzeżeń. Pora na silnik, otwieramy maskę, a tam jak w moim lanosie, kurz, nic nie myte, nie plakowane. Auto odpala bez problemu. Nic nie klepie, nie dymi, sprężąrka ładnie się załącza. Niestety do końca jednak dobrze tak nie może być, bo słabo w środku chłodzi. Spisuję sobie VIN i stan licznika na wszelki wypadek. Kusi mnie żeby sprawdzić przebieg. W ASO naprawdę się zdziwiłem, bo listpadzie 2010 przy XXX tyś km auto miało wymienianą jakąś pierdołę, a ja spisałem licznik przy stanie XXX tyś km czyli różnica 5 tyś km.
W sumie to niepotrzebnie spisywałem, bo VIN był w ogłoszeniu.
W domu z żoną po raczej krótkiej dyskusji zabraliśmy się na autohandel gdzie wsiadła sobie do auta, obejrzała je po czym dostaliśmy auto na jazdę próbną i jakoś nie bardzo miałem od strony technicznej do czego się przyczepić. Skończyło się tym, że we wtorek jesteśmy umówieni na oględziny samochodu na stacji diagnostycznej. Żeby łatwo nie było umówiłem na jednej ze wskazanym mi przez znajomych diagnostą, ma zostać uzupełniony czynnik w układzie klimatyzacji, są to koszta komisu.Historia sprowadzenia auta do Polski jest banalna i nie ma w niej nic specjalnego.
I teraz nasuwa mi się kilka takich drobnych uwag.
Szczęśliwy ten kto kupuje nowe auto z salonu i ten co akurat teraz nie musi kuppwać auta używanego.
Panuje chore przekonanie, że auta kupione w Polsce są och i ach. Moje doświadczenia wskazują inaczej.
Liczniki kręcą też polscy prywatni sprzedawcy.
Wskazanie w aucie co go boli równoznaczne jest z linczem ze strony właściciela rzeczonego auta.
Próba negocjacji ceny zaraz kończy się tekstem "przeciez to nie nowe auto nie musi działać, ma prawo się zepsuć etc". Tak wiem o tym ale sam mając 11 letniego Lanosa gdy coś mi się usra naprawiam to i nie traktuję tego jako lokaty kapitału. Po prostu wychodzę z założenia, że skoro coś jest w aucie to musi działać. Tym bardziej, że auta wytypowane w cenie bliskie było 10 tyś zł i raczej dot.roczników pierwszych lat produkcji 98-01r niż wyżej - może błąd trzeba było patrzec na te tańsze.
Jeżeli mowa o roczniku to nie wiem czemu ludzie zawyżają rocznik w ogłoszeniu np. Auto kupione październik 2000r jako rok produkcji piszą 2001, gdzie i rejestracja samochodu nastąpiła w 2000.
Jeżeli o negocjacji rzecz to kolejnym argumentem jak ty mi to i ja tobie- przykład, czy opuści pan 200 za tą pekniętą szybę? Gość tak ale nie dam panu opon zimowych- akurat w tym przypadku to w czterech literach miałem te opony, biorąc je wyrządziłbym mu przysługę, bo tylko do smieci się nadawały
Jak na razie jestem zaskoczony autohandlem, co będzie dalej na pewno napiszę.