Zawartość dodana przez p i p p
-
Czym prywatnie, a czym służbowo? Ranking.
> nie rozumie czemu tak się tego Forda uparłeś............. > Marka sprzedaje się zarówno w detalu jak i zakupie na firmę. Nie uparłem się. Ford nie ma argumentów, żeby zachęcać do zakupu. Jest tani, światowy i tyle. Focus Mk1 był rewolucyjny i świetny i od nastu lat jest tylko gorzej. Fatalna ergonomia, koszmarne skrzynie biegów... A bardzo żałuję bo cała oferta wygląda fajnie...do czasu dotknięcia na żywo. Zgadzam się po prostu ze statystykami.
-
Czym prywatnie, a czym służbowo? Ranking.
> Np. Dacia jest w tym zestawieniu tylko dzięki Dusterowi. I stawianie teorii, że Polacy > kupują Dacie jest nieuzasadnione. Polacy kupują Dustery, nie Dacie. Super pomysł! Ilość procentowa najpopularniejszego modelu w danej marce: Octavia w Skodzie to 31,4% Auris w Toyocie to 29,3% Astra w Oplu to 32,7% (Piaaast Gliwiceee ) Golf w VW to 35,7% Focus w Fordzie to 38,7% Clio w Renault to 35,9% Sportage w Kii to 29,6% Duster w Dacii to 46,5% (Jest dominacja, ale to wciąż poniżej 50%. Gdyby Sandero i Logan nazywały się tak samo i różnica byłaby w ilości drzwi, miałyby 35,6% ogółu więc przeciętnie, a w sumie poszło już ponad 3200 sztuk Sandero/Logan. Dla porównania ok. 1600 szt. Kii Rio). Zatem sam oceń czy Dacia to Duster czy Dacia to Dacia. Qashqai w Nissanie ma np. 45,9%, a SX4 w Suzuki 59,7%. Tacy dominatorzy są w grupie SUV/crossover. pzdr
-
Czym prywatnie, a czym służbowo? Ranking.
Co kupują firmy, a co kupują ludzie do prywatnego użytku? Porównanie dot. tylko samochodów osobowych sprzedanych od stycznia do sierpnia 2014r. w Polsce. Firmy - prywatni 1. Skoda - Skoda (16,8 - 9,2 tys.) Nudno jak w F1. Mercedes, Mercedes, Mercedes... 2. Ford - Toyota (10,4 - 7,8 tys.) Doskonale rozumiem tą pozycję. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś chciał jeździć Fordem z własnej woli...a jeździ...bo dostał służbowy. Pamiętajmy też, że przed erą Skody, liderem była właśnie Toyota, a oferta się uatrakcyjnia. 3. VW - Opel (10,1 - 7,7 tys.) I co? Może Opel nie jest premium? VlotoWóz popularny bo zaczęli dawać el. szyby w standardzie, ale Opel jednak jest bardzo ceniony przez klientów indywidualnych. 4. Toyota - VW (10,1 - 6,1 tys.) Dopiero poza podium pojawiają się już wspomniane wyżej marki. 5. Opel - Kia (9,0 - 5,9 tys.) Pojawia się nam koreańska marka, którą cenią prywatni klienci. A czy firmy lubią Koreańczyków? 6. Renault - Ford (6,5 - 4,7 tys.) Nie, wolą Reno. O! Jest Ford. 4700 twardych jak skała klientów - respeto Leszek. 7. Dacia - Renault (5,0 - 4,2 tys.) Zależności Dacii i Renault są fajne. Francję ciągną Clio, Megany, Captury, ale przy podziale na modele to i tak wszystkich i wszędzie kasuje Duster. 8. Hyundai - Dacia (4,7 - 4,1 tys.) Druga połowa Koreańczyków pojawia się pod koniec dziesiątki, a ilości się zrównują. 9. Peugeot - Hyundai (4,7 - 4,1 tys.) Firmy wolą Peugeota... 10. Kia - Nissan (4,3 - 3,9 tys.) ...a ludzie Nissana. Okazuje się też, że to Hyundai jest bardziej flotowy, a Kia bardziej prywaciarska. Muszę wspomnieć - bo brakuje mi go w top ten - że Fiat zajmuje miejsca 15 i 14 będąc bardziej oryginalnym zakupem niż Mercedes czy BMW. Nagrodę za typowy flotowóz, którego nikt poza firmami nie chce mieć otrzymuje FORD! Ford, który uwielbiany jest na wyspach. Idę o zakład, że powodem tego jest to, że fordowskie deski obsługują lewą ręką. Pozdrawiam.
-
Ciekawe pix - sprzedaz w EU na kraj - .. and the winner is .
Ciekawie wygląda była Jugosławia. Ile krajów, tyle pomysłów. Słoweńcy w Renault, Chorwaci VW, Serbia ma Fiata, a Bośnia Skodę. Szkoda, że nie widać Czarnogóry i Kosowa. Angole faktycznie nie pasują do UE ze swoim Fordem. Dacia to jest coś niesamowitego. Jeszcze niedawno marka była legendą PRLu, a teraz opanowała Bułgarię, Rumunię i Mołdawię + coś na południu...w Afryce? Gibraltar? Co to tam jest? Estonia też ciekawa z Hondą. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Generalnie popieram ten punkt widzenia Dziękuję, miło to słyszeć. Niestety my nie jesteśmy chętni na zgody. Każdy ma swoje "ale" i widzi tylko problemy. A najgorsze jest to, że te konflikty występują w ramach jednego, młodego pokolenia...chowanego w bardzo podobnej rzeczywistości w dość jednorodnym kulturowo społeczeństwie. Taka społeczność jak nasza to super materiał na zgodne, konkretne zmiany na lepsze. Niestety...słabo nam wychodzi... > Mnie się marzy, żeby cywilizacja dotarła do etapu, w którym normy współżycia społecznego będą tak > powszechne i dopracowane, że obwarowujące je przepisy nie będą niezbędne. Piękne marzenie. Myślę, że dostępność do łatwego dialogu może spowodować, że będzie rzeczywistością. Być może ten dialog, który się toczy w sieci jest jeszcze za młody, za mało dojrzały i jeszcze jest za wcześnie, ale może to kwestia dekady, a nie dwóch pokoleń. Liczę, że my - zwykli ludzie - będą mieli więcej do powiedzenia w kwestii co wolno, a co nie niż prawnicy, którzy tworzą przepisy, które tylko oni mogą interpretować nabijając sobie kieszenie bez tworzenia czegokolwiek. Ale to moje liczenie jest bardzo ciche. Ileż osób tutaj, na najlepszym forum świata, na AK jest za przepisami? Ileż prowadziłem dyskusji? Ludzi, którzy wierzą w przepisy jest masa...a więc czas na zmianę mentalności będzie długi. A nie są to ludzie...jacyś ludzie. To ludzie świadomi, wykształceni na bardzo wysokim poziomie. > Ale, o ile to w ogóle możliwe, ja tego nie dożyję Tyle warte Twoje przekonanie ile moja wiara... Pozdrawiam.
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Więc dlaczego nie pójść o trzy kroki dalej i nie znieść w ogóle konieczności posiadania uprawnień. Na pewno jestem za umiejętnościami, psychicznym dostosowaniem i wyobraźnią bardziej niż za uprawnieniami. Niestety ta kwestia pozostanie w teorii do polemik, a powody znajdziemy w tym wątku również. Krok dalej to zniesienie obowiązkowych kursów na kat. B i wprowadzenie egzaminu, który będzie zawierał różne techniki jazdy, parkowanie, jazdę zimą/na płycie poślizgowej, jazdę sportową, jazdę po autostradzie, jazdę w trasie itp. Wtedy poziom umiejętności byłby realnie wyższy, a bezpieczeństwo na lepszym poziomie. Dla dzieci w szkołach można wprowadzić jazdę na symulatorach lub gokartach. Z roku na rok możliwości się robią coraz większe i lepsze. Trzeba tylko aktywnie gonić ten czas. Bo tak jak mówię, przepis o 125-kach jest 10 lat spóźniony. Nie można być ciągle spóźnionym. > Wtedy dopiero będzie prawdziwa wolność i poprawa bezpieczeństwa Nie jestem wrogiem jazdy bez uprawnień przy założeniu, że odpowiedzialność będzie odpowiedzialnością, a ew. kara byłaby nieuchronna. Mogłoby być tak, że możesz jeździć bez PJ, ale masz wyższe stawki OC. Możesz robić wykroczenia bez PJ, ale podchodzisz pod inny (+100%) taryfikator. Chodzi o to, żeby było można, ale było to np. nieopłacalne. Jednak to jak mówiłem gadka dla gadki. Realna rzecz to brak obowiązku szkolenia się w OSK. Ale system musiałby się zmienić cały od A do Z, a to wymaga tego - że zacytuję pewnego księdza - żeby całe pokolenie leśnych dziadków wymarło. Np. słynne hasło "kto ci dał prawo jazdy" ma większy sens niż tylko drogowa pyskówka. Dzisiejszy system zrzuca odpowiedzialność. Egzaminator zrzuca na szkołę, szkoła na egzamin, a szkoła i egzaminator na kursanta bez wyobraźni lub na policję, która łapie piratów nie tych co trzeba. System zdrowy, dobry i skuteczny to taki gdzie wiele osób podnosi rękę i mówi "ja, ja, ja go nauczę, ja go wyszkolę i poświęcę całą swoją energię, żeby był dobry". U nas nikt się nie wyrywa do roboty. Lepiej tworzyć różne dziwne i ciągle lekko zmodernizowane mechanizmy obowiązków, zaświadczeń i papierków. I mieć "czyste sumienie", że tyle robimy...a efekt? Uczciwie powiedzmy jednak, że gorzej nie jest. Wierzę, że dożyję takich czasów...mądrości, odpowiedzialności, wolności, dobrowolności, ale wtedy sam już nie odważę się wsiąść za kółko. pzdr
-
Przyjaciel rodziny :)
> Chodzi o to, że kiedyś w PRL-u samochód był członkiem rodziny. Teraz to tylko kolejny gadżet, który jak się znudzi to śmietnik. Myślę, że samochód był czymś ciężko osiągalnym, rzadkim i takie "coś" w rodzinie miało swoją wielką wartość. To były drzwi na świat. I nieważne czy ktoś był "techniczny" czy nie, taka wyjątkowa rzecz skupiała na sobie uwagę wszystkich członków rodziny. Dziś samochód jest powszechny, łatwo dostępny i za mało wyjątkowy. Ale wciąż jest drzwiami do świata. Jednak czują to już tylko ci, wyposażeni w techniczne serce. Dla mnie i dla mojej rodziny samochód na pewno jest jej członkiem i wymiana nie jest niczym naturalnym. > A ja się > zastanawiam czy obecnie jest możliwe poszerzenie rodziny o uniwersalnego mechanicznego > przyjaciela czy zostaje tylko pusty, plastykowy gadżet na chwilę... Oferta uniwersalnych, mechanicznych przyjaciół jest wg mnie zbyt uboga i wcale nie przekonuje. Czasami sobie przeglądam strony i powiem jakie auta wpadają mi do głowy, żeby je kupić. Ostatnio: Skoda Superb 1.4, Kia Soul GDI A/T lub CRDI A/T, Nissan Juke 1.6 CVT, Dacia Lodgy dCi, Dacia Duster 1.6, Mazda 3 2.0 A/T, Mazda 5 1.8... I pewnie jeszcze kilka sztuk by się znalazło. Zdaję sobie sprawę, że te modele do siebie nie pasują, nie mają wiele wspólnego, ale jednostkowo jakoś do mnie przemawiają i potrafię wskazać ich sens oraz widziałbym się w nich...ale do czasu. Jeśli miałbym tylko takie auto...i nie wiem jak byłoby ono udane i wspaniałe to w pewnych sytuacjach się po prostu nie sprawdzi...lub sprawdzi się w sposób...niedostosowany do ceny, którą można w tym wypadku ustawić na poziomie 75 kzł. Gdybym przekroczył barierę chorej dla mnie ceny 100 kzł za jedno auto (tu już tylko teoretycznie) to może wpadłbym w milsze towarzystwo typu Mazda CX-5, Audi A4 itp., ale wciąż ten środek byłby co najwyżej brązowy...to gdzie złoty? > Pewnie można mieć 4 auta, > można i 10, ale globalnie patrząc to wszystko to samo tylko w różnych pudełkach Pod tym względem się zgadzam. Ale cóż, pudełko dziś ważniejsze od towaru. Jednak jestem ciekaw zdania różnych rodzin...czy lepiej mieć jedno auto za 200.000 zł czy 3 po 65.000 zł? I teraz rozważajmy jak z tą perspektywą 20 lat...(?) Oczywiście w praktyce to mi tak średnio wyszła moja teoria i plany, żeby mieć auto do miasta i drugie w trasy bo do miasta mam auto klasy średniej, a w trasy SUVa ale jak się przez możliwości liczy na okazje to tak jest. Dobrze, że żona kupiła nowe i piąty rok nie narzeka. Czyli jeszcze 15... > dlatego > szukam czegoś uniwersalnego i trwałego w nawale marketingowo-sprzedażowego bulszitu. Jak znajdziesz, proszę daj znać. Ja też w poszukiwaniach nie ustaję. pzdr
-
Przyjaciel rodziny :)
Mnie się wydaje, że tu bardziej chodzi o zupełnie inną kulturę techniczną młodego pokolenia. Ale i o świadomość. Samochód - niesłusznie - jest traktowany jako przemyślana, zaprojektowana odpowiednio do warunków rzecz, która czuje się tam gdzie jest jak ryba w wodzie. A samochód to wciąż mix metalu, gumy i plastiku. Wiele elementów, które się psują lub zużywają można wymienić, ale wchodzi aspekt opłacalności. Zupełnie pozatechniczny przecież. Niesamowite jest to, że cały, jeżdżący, sprawny samochód może być wart tak śmieszne pieniądze, a ceny niektórych części są tak gigantyczne. Np. śmiech mnie ogarnia jeśli widzę, że moje Audi A4 '96 (świetny środek transportu) jest warte 8000 zł, a kpl. sprzęgło + DKZ do Ravki to ok. 4000 zł. Nie wiem jak w takim przypadku rozmawiać o trwałości samochodów jakoś sensownie... Wiem jednak to, że o auto trzeba się troszczyć siedząc za kierownicą, pod maską i pod podwoziem. Nie ma innej drogi, żeby przedłużyć mu życie. Warunki, w których użytkujemy samochód w ogóle nie pasują, nie grają z jego konstrukcją i materiałami. Umiejętności jazdy też nie grają z konstrukcją samochodów bo nacisk się kładzie na to, żeby nikogo nie przejechać. Tak, ja też chciałbym kupić auto na 20 lat. Chciałbym tylko, żeby to auto było dobre w wielu aspektach. I na pewno poświęciłem dość czasu - i poświęcam od małego - żeby znaleźć je...ale nie znalazłem. Nie ma takiego auta, które będzie służyło długo i wszechstronnie jak bym chciał. Stąd mój dość karkołomny i w opinii wielu znajomych totalnie głupi i idiotyczny pomysł, żeby posiadać kilka aut. Chociaż jeśli dajesz limit 200.000 zł to z ho hoooo spoooorym zapasem styka na 4 sztuki. Ale wracając do trwałości. 4 auta za 200 tysięcy dają gwarancję mobilności. 4 auta dają gwarancję małego przebiegu, ale to z kolei - warte podkreślenia - nie daje gwarancji dobrego stanu technicznego. Myślę tylko czy jest czas, żeby z sercem o nie zadbać... Nie da się na to odpowiedzieć. Kwestia indywidualna. Ja staram się jak mogę, ale czasem cierpliwości brakuje... Czysta karta i 200 koła w ręce? 20 lat w perspektywie? Jedno auto? Totalnie bez sensu. Nikt takiego auta nie stworzył. A gadać o tym czy może nowe Audi czy Mitsubishi...można tyle, że te 200 koła samo się rozejdzie...gdzieś...i problem zniknie. Pozdrawiam. P.S. Zmęczyłem się pisaniem, ale wciąż mam wrażenie, że nie na temat...
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> W tej chwili jest tak samo. Jest doskonalenie techniki jazdy. Można zapłacić i się czegoś nauczyć, > a następnie polecać Dlatego ten przepis jest super! Ale dotyczy to tylko 125-ek. Na inne kategorie szkolenia są obowiązkowe. > Tak, pod warunkiem, że chcesz te pieniądze wydać. Pod warunkiem, że masz wewnętrzne przekonanie, że > jest to dla Ciebie dobra inwestycja. Naturalnie. > Tutaj obawiam się, że sporo osób (jak nie większość) wybierze dołożenie 200-400 PLN do zakupu > sprzętu (że nie wspomnę o jakimś ubraniu czy kasku), niż przeznaczenie tej kwoty na szkolenie > - przynajmniej na początku. I to jest właśnie piękne, to jest właśnie to o co chodzi w życiu: Wolność i wolny wybór. Człowiek ma sam wybrać na co wyda swoje 200-400 złotych. Wyboru może dokonać na podstawie dowolnych, nawet tylko sobie znanych preferencji. A środowiska szkolące mają przeganiać się ze środowiskami produkującymi sprzęt o to czyj "produkt" jest bardziej warty tych 200-400 zł. To jest jedyna droga do poprawy bezpieczeństwa nas wszystkich. Pozdro
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> U mnie cały czas "dmuchają". To miło słyszeć. W Krakowie skończyło się...chociaż liczę, że po wakacjach zaczną odkurzać alkomaty. Chętnie dam 50 zł co miesiąc, żeby takie kontrole były codziennie. Albo policjanci jak sprzedawcy gazet - między samochody w korku.
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Pytanie jest jednak takie - czy, jeśli kursy byłyby dobrowolne, byłoby na nie zapotrzebowanie. Na to się składa wiele czynników jak z każdą ofertą, która ma trafić do odbiorców. Każdego z nas rola w tym, żeby taki kurs polecić koledze, koleżance czy rodzinie, a rolą szkół jazdy będzie przedstawienie atrakcyjnej oferty, która da zauważalne efekty. Potem już opinia z ust do ust i z forum na forum będzie nakręcała chętnych jeśli kierujący odczują, że jeżdżą lepiej, pewniej, bezpieczniej, oszczędniej. > Bo o ile - być może - świadomość się zwiększa, to statystycznie oraz światopoglądowo polak kursów > nie potrzebuje, bo jest ekspertem we wszystkim, co robi Jeśli jest ekspertem faktycznym - gratulacje. Jeśli tylko mu się wydaje, nauka wyciągnięta z potknięć będzie wartością nie do przecenienia, a nauką tą podzieli się z kolejnym pokoleniem i tą drogą staniemy się społeczeństwem dojrzałym, mądrym i wartościowym. Pamiętajmy, że motocykl 125 ccm największe zagrożenie stwarza dla samego kierującego, a nie dla dzieci bawiących się na boisku szkolnym. Czyli jaka ta świadomość by nie była, dobrowolność kursu tylko ją podniesie. > A nie zapominajmy też, że te kursy darmowe nie są, więc i liczba osób, które potencjalnie chciałaby > z nich skorzystać, również będzie mniejsza, bo jednak u nas większość by chciała za darmo. Masz trochę racji, ale kurs obowiązkowy też nie jest darmowy. I teraz chyba lepiej wydać pieniądze na usługę, którą szkoła walczy o klienta niż na usługę konieczną? Wydaje mi się, że ludzie wolą wydać - nawet duże - pieniądze na konkretny "towar" dobrej jakości niż na odfajkowane "coś". Przemawia do mnie fakt, że ludzie, którzy mają kat. B i chcą jeździć motocyklem 125 to w ogólnej warstwie społeczeństwa jest wyższa półka intelektualna i ja z czystym sumieniem zaufam ich wyborom. Zachowania prymitywne - jakże powszechne - są nie do pominięcia, ale nie w tym, konkretnym przypadku. Mnie się ogólnie podoba filozofia władzy typu ukłon w stronę świadomej części społeczeństwa. Macie wolność, pokażcie coś, macie możliwości. Natomiast nie lubię sytuacji gdy człowiek na poziomie staje się ofiarą próby zabezpieczenia się przed ignorancją części ludzi. To taka lekcja dla naszych dzieci, że warto być mądrym. Warto się uczyć, myśleć, chcieć coś robić. Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że jakaś część (pewnie większość) kierujących 125-kami będzie jeździć bez kursu. Nie boję się tego. Będą lepsi każdego dnia z każdym przejechanym kilometrem. Naturalnie będą też wypadki z udziałem 125-ek. Będą dramaty, śmierć i szkody. Jedyne czego się boję to właśnie nagonki po jakimś zdarzeniu, o którym usłyszymy w TV i demagogicznych bzdur, że powstrzymanie przepisu uratowałoby czyjeś życie lub zdrowie. Chociaż nie wiem czy warto się bać głupich mechanizmów... BTW wciąż nie mogę wyjść z "podziwu", że po akcji w Kamieniu Pomorskim można było robić świetne akcje PREWENCYJNE, a od dłuższego czasu cisza...już można pić. Pozdrawiam.
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Czy gdzieś kiedyś napisałem, że jazda bez prawka jest dobra i odpowiedzialna? Tu stanę w Twojej obronie. Nie jest ważne czy jeździłeś bez prawka czy z prawkiem. Liczy się JAK jeździłeś, gdzie jeździłeś i z jaką świadomością, która miała wpływ na styl tej jazdy. Oczywiście Twoje zachowanie po ewentualnym zdarzeniu dowiodłoby czy to było dobre czy złe. Nie oceniam ogólnie jako złe takiego zachowania bo najwięcej powiesz o tym Ty sam. Doskonale rozumiem też to, że masz większe zaufanie do swoich umiejętności w jeździe np. R1 niż do umiejętności tego kolegi od słupa w jeździe na 125-ce. I jestem przekonany, że jeśli to przeanalizujesz na chłodno, dojdziesz do wniosku, że nie ma tu znaczenia obowiązek kursu, a wiele, wiele małych czynników, dalekich od papierków. Wiem też, że zwolennicy obowiązkowych kursów chcą sobie "kupić" w ten sposób spokój i gwarancję, że nikt na 125-ce nie zarysuje im lakieru. Działa to w sposób podobny do "7 lat gwarancji Kii". Czyli bardzo mało skomplikowany mechanizm, który niestety nie jest poparty żadną, głębszą analizą, a prawda jest gdzie indziej. > Skończcie te swoje farmazony, jeździłem bez prawka, ale z drugiej strony robiłem kurs jak szybko > się dało, żeby zalegalizować nowe hobby. Wg mnie nie masz się czego wstydzić. Lepiej jeździć bez prawka w stylu i miejscu dostosowanym do możliwości i zmniejszając na ile to możliwe prawdopodobieństwa zagrożeń dla innych niż jeździć po kursie z prawkiem w stylu Froga. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Są też szkoły, które się przykładają. Są też szkoły, które się przykładają. Zgoda. Ale w wypadku kursów dobrowolnych byłyby TYLKO szkoły, które się przykładają bo inaczej by upadły z powodu braku chętnych na usługi niskiej jakości. I chodzi tylko o tą jakość. Obowiązek obniża, dobrowolność podnosi. I z racji tego, że - podobnie jak Ty - chcę jeździć wśród umiejących, wyszkolonych i mądrych kierujących, jestem przeciwko obowiązkowym kursom. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Ale nauczyli Cię podstaw Nie nauczyli mnie niczego. Absolutnie niczego. Instruktor pojawiał się co kilka dni, żeby podpisać odbyte "godziny". Jak przyszła na kurs dziewczyna to powiedział "koledzy pani pokażą co i jak". A wydałem na tą szopkę w sumie 1000 zł. Dzień przed egzaminem jechałem raz trasą egzaminacyjną ZA SAMOCHODEM. Dla wyjaśnienia na egzaminie jedzie się PRZED. A motocykl to Suzuki GN250. Różnica lekka jest w stos. do R1. A wiesz dlaczego tak to wyglądało? Bo było OBOWIĄZKOWE. Gnoje z LOKu wiedziały, że nic nie muszą robić, ludziska przyjdą bo MUSZĄ, kasę zostawią i będzie "pięknie". Gdyby kurs był DOBROWOLNY i gnoje z LOKu wiedziały, że muszą się postarać, zareklamować, wykazać, zachęcić, żeby zarobić to byłoby zupełnie inaczej. A najlepszą szkołą była jazda samochodem i jazda 50-ką, na którą nie trzeba nic. > które wykorzystasz czy to na 50tce, czy na R1, Ci z kat.B będą się uczyli > "w boju". Jeśli będą chcieli się uczyć "w boju" - będzie to dla nich najlepsza szkoła. Jeśli będą chcieli się uczyć na kursie - kurs będzie dla nich najlepszą szkołą. Gdyby kurs był obowiązkowy to byłoby tak: Kurs normalnie 500 zł na 125-kę i 5 godzin, ale mogę wpisać panu 5 jak się pan tylko dziś pojawi to będzie jak dla pana 400 zł więc 100 zł ma pan na paliwo. Jeździł pan kiedyś? Nie? Tam na placu jest chłopaczek co jeździł na 50-kach to panu wszystko powie gdzie klakson i migacze. Jak ma pan jeździć? Proszę pana ostrożnie, ostrożnie, rozważnie i oczy dookoła głowy, tu nie ma pan chroniącej blachy. Faktura? Paragon? Doskonałym przykładem na to, że "obowiązkowe pakiety" nie działają jest publiczna służba zdrowia. A coś bliżej tematu? Ponad 3000 trupów na drogach...wielu po kursach...myślę, że większość. Po kursach OBOWIĄZKOWYCH. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Dokładnie, i takich jak on będzie wielu... Bez względu na obowiązek kursu. > Te przepisy wprost sugerują, że każdy z 3letnim stażem za kółkiem może jeździć na 125tkach, więc > niektórzy nie będą mieli świadomości swoich ograniczeń. Podobnie jak kat. B sugeruje, że można jeździć Iveco Daily czy Ferrari F40. Mało tego. Ogromna rzesza ludzi nie ma świadomości, że mają ograniczenia w zdolności jazdy Seicento więc proszę... > Po raz kolejny przytoczę filmik. Koleś chyba nie doczytał na forum o przeciwskręcie... Czy kursy będą czy nie, takich filmików będzie coraz więcej aż do końca świata. > I nie piszcie, że to nie 125 tka, bo prędkość z jaką pojechał w krzaki da się osiągnąć na 125tce... Ja na kursie na kat. A nie doświadczyłem prędkości, którą może osiągać 50-ka. Max. jechałem 60 km/h na egzaminie. Próba szybszej jazdy po placu skończyła się zjebką od instruktora. A mogę formalnie jeździć R1. > Czyli jakby poczytał w necie jak siedzieć na motocyklu i jak się robi przeciwskręt to by > skręcił...? Piszesz o problemach, których obowiązkowy kurs nie rozwiąże. Tylko dobrowolne doskonalenie techniki jazdy może poprawić umiejętności jazdy. Jeśli jakieś środowisko (mam na myśli policję i świat szkół jazdy) chce papierkami, zmuszaniem i monopolem zmyć z siebie odpowiedzialność to jest to tragedia. Policja i szkoły powinny powiedzieć, że teraz będą dobrowolnie i za darmo uczyć, podpowiadać, tworzyć filmy pokazowe, żeby osiągnąć efekt w postaci poprawy umiejętności i bezpieczeństwa. A nie ZMUSZAĆ do jakiś kursów, żeby zmyć z siebie odpowiedzialność, żeby nie musieć nic robić, nic nie wymyślać. I mogę zrozumieć te środowiska. Przykre, ale ciąg na kasę DANĄ i lenistwo jest bardzo popularne. Ale jeśli podobne zdanie ma ktoś z zewnątrz to tego już nie rozumiem. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> A to wcale nie chodzi o ściganie się, tylko o to, że legalnie na 50 to był człowiek zawalidrogą i z > doświadczenia wiem, że do bezpiecznej, nie brawurowej jazdy po mieście potrzeba sprzętu > lecącego 70-80 km/h i rozpędzającego się równo z samochodami. Problemy z 50-kami są dwa. Jeden to blokada. Nie wiem kto wymyślił 45 km/h, ale to nie jest wielki problem. Jednak drugi problem to zalew rynku przez tanie, słabe i powolne jednoślady. W złotych latach 50-ek czyli koniec lat 90-tych i początek 2000, kiedy królowały skutery typu Typhoon, NRG, Stalker, Runner, Ice, Zip, Speedfight, Neos, Aerox, SR ich osiągi były zdecydowanie lepsze. Brak rygorystycznych norm Euro, konkretne rozmiary dysz w gaźnikach pozwalały spokojnie jeździć po mieście, a nawet w trasie. Prędkości, o których piszesz (70-80 km/h) były osiągane bez problemu i były to prędkości REALNE, a nie licznikowe, a realne 70 km/h pozwala wyprzedzać w trasie gimbusy, ciężarówki z drewnem i Seicento z zielonym listkiem. Z czasem pojawiały się skutery z Chin za mniej niż pół ceny takiej Gilery czy Peugeota. Nawet bez blokad ich osiągi były zdecydowanie gorsze. Sztucznie dławione, dławione...zaczęły tracić sens. Gdyby nie to, 50-ki w zupełności wystarczyłyby do pokonywania korków. Jednak dziś Gilery, Piaggio, Peugeoty to margines rynku. Chociaż i tak smycze są coraz skuteczniejsze. No to jak 50-ki już się nie sprawdzają w mieście, przyszedł czas na 125 ccm. Dobrze, że u nas nie ma limitu jak u sąsiadów do 80 km/h. Bo to znów na miasto OK, ale na obwodnicę już słabo. Więc przepisy jakby promowały duże pojemności. Mając np. - jak ja - 200 ccm jest się wolnym jak ptak i formalnie jestem jak R1. Także cała historia "125 na B" byłaby zbędna gdyby 50-ki rozwijały się naturalnie i były coraz skuteczniejsze, a nie coraz bardziej dławione. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Podkreślę jedno: nie mam nic przeciwko temu, żeby osoby z kat. B jeździły takimi 125tkami - mam > jedynie poważne zastrzeżenia, żeby odbywało się to bez jakiegokolwiek wcześniejszego > przeszkolenia. Pod tym zdaniem podpisze się 38 milionów Polaków. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto powie "nie ucz się". Wszystko rozbija się tylko o OBOWIĄZKOWOŚĆ szkolenia. Ja - i nie tylko ja - jestem za szkoleniami DOBROWOLNYMI bo dobrowolne = wysokiej jakości. Obowiązkowe = niskiej jakości. Ale być może spór dotyczy głębszego światopoglądu czyli liberalizm vs. robię tylko to co wódz każe. Co ciekawe ojcami ustawy są SLD i PZM. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Nie można założyć, że sobie poradzimy, lub nie, dopóki nie wsiądziemy i nie pojedziemy. Będąc dzieckiem, fakt. Ocena własnych możliwości jest słaba. Ale mając 21+ lat? Samo doświadczenie w uczeniu się jazdy na rowerze, samochodem, na łyżwach. Sama świadomość jakie się miało osiągnięcia na WFie. To musi nam powiedzieć wiele i pozwolić ocenić właściwie nasze możliwości. Reszta to głowa, która na kursie nie ulegnie poprawie. > Nie rodzimy się z umiejętnościami, tylko je nabywamy. Dokładnie. I piękne jest to, że przepisy nie zmuszają nas do nauki jazdy na rowerze, nartach, sankach. Nie zmusza nas nikt do robienia kursu smażenia jajecznicy i gotowania herbaty. Wystarczy nasza chęć i wsparcie otoczenia, a nabywamy te umiejętności błyskawicznie, a potem je doskonalimy. > Rodzimy się tylko z większymi lub mniejszymi predyspozycjami do różnych rzeczy. Tak jest. I jeśli ktoś ma predyspozycje do kierowania pojazdami, przepis ten umożliwia jazdę 125-ką. Jeśli ktoś predyspozycji nie ma, a 21-latek to doskonale wie, nikt na siłę go nie posadzi na moto. A jeśli wie, że nie ma, wsiądzie na przekór bez przygotowania/kursu/nauki i narobi jakieś szkody to weźmie odpowiedzialność za swój czyn i zostanie ukarany. Na pewno taka nauka podziała tylko pozytywnie i podniesie wartość dla społeczeństwa takiej jednostki. Ludzie, których chronią przepisy, za których myślą przepisy, ludzie, którzy przepisami leczą strach, ludzie, za których przepisy dokonują wyboru są nieszczęśliwi, mało wartościowi i w dłuższej perspektywie społeczeństwo składające się z takich ludzi upada. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> A nie wydaje się, że lepiej jak ktoś coś pokaże, a nie tylko powie? Lepiej. Nie jestem wrogiem kursów. Jestem wrogiem obowiązku kursów. > Skoro jest jak mówisz to dlaczego na egzaminie na B nie zdaje się tylko teorii? Bo lobby egzaminacyjne dba o swój interes. Bo trzeba zdjąć odpowiedzialność z uczącego na ucznia. I musi być na to papier poparty - jakże poważnym - egzaminem państwowym z kamerami itp. Szopka musi być bo - jak mówił ksiądz na moim ślubie - ja cudzych dzieci wychowywać nie będę. > Przecież o prowadzeniu auta można sobie poczytać na AK... Gdyby wprowadzili przepis, że można jeździć samochodem jeśli od 3 lat masz kat. A to wcale bym nie oponował. Chociaż jakby nie było, B to wyższa, bardziej śmiercionośna dla otoczenia kategoria. Ja jestem za szkoleniami, nauką i wszystkim, ale dobrowolnym. Jestem za szerokim i łatwym dostępem do tych szkoleń, kursów itp. Jestem za pełną odpowiedzialnością kierującego, który decyduje się albo szkolić, albo nie. Jestem za prewencją, reklamą, promowaniem samodoskonalenia bo tylko dzięki temu będziemy dojrzali i mądrzy, a sam poziom nauki będzie wysoki. pzdr P.S. Nie widzę też problemu, żeby nie było obowiązku odbywania kursu na PJ kat. B. Wystarczy stworzyć odpowiedni egzamin i doświadczony egzaminator zobaczy czy ktoś bez kursu nadaje się na kierowcę czy nie. Zdasz? PJ masz.
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Im więcej rzeczy do obsłużenia na raz, tym znacznie większe prawdopodobieństwo, że ktoś nie będzie > wiedział za co pociągnąć, na co nadepnąć, itp. Racja. Ale: 1. Posiadacz kat. B od 3 lat (jeżdżący) doświadcza dużo większego zamieszania w samochodzie (wycieraczki, ogrzewanie, 3 pedały na 2 nogi). 2. Możliwość jazdy 125-ką nikogo nie zmusza do przesiadki jeśli nie czuje się na siłach. 3. Mnie przyświecają od 20 lat słowa mojego instruktora: "Ja tu cię uczę zdać egzamin, a jeździć to się nauczysz sam jak będziesz jeździł". Miał rację, ale nie powiedział, że ma się okresy, że jeździ się coraz lepiej i ma się okresy, że jeździ się coraz gorzej, a przyczyn tyle, że ho hooo... Staram się przypomnieć sobie czym łatwiej mi było uczyć się jeździć. Motorynką Pony czy Maluchem... Miały cechę wspólną. I tu i tu na początku używałem tylko dwóch biegów. Malucha łatwiej się odpalało bo na kopadło motorynki byłem za lekki. Ale wielkość płaszczyzny, którą można było uderzyć w przeszkodę sprawiała, że motorynka była mniej stresująca. Mam pomysł. Szukajmy ludzi, którzy wiedzą, że sobie nie poradzą na 125-ce, ale mimo to wsiądą na nią bo wolno. Proszę się wpisywać. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> A kto to wszystko powie, skoro nie trzeba uczestniczyć w kursie? Mama, tata, kolega, żona, telewizja, książka, AK, forum, sprzedawca w salonie, poprzedni właściciel...to jest 6 słów, po co do tego kurs? Po co do tego OBOWIĄZKOWY kurs? Jeśli chcesz - dowiesz się. Na AK jest milion pytań typu "chcę kupić Opla Astrę, na co zwrócić uwagę". Można? Można. Trudne? Nie. > Rozumiesz już do czego zmierzam...? Rozumiem, ale brak obowiązku nie oznacza tego, że nie wolno Ci iść taką drogą nauki. Chcesz? Idziesz na kurs. Jeśli kurs narzuci przepis jego jakość będzie nikczemna, będziesz miał papier, a nie umiejętności. Chociaż podstawy na pewno będą, ale niewarte ceny kursu. Ja tu piszę za darmo, podzielę się każdą wiedzą i doświadczeniem za free. > To, że nie trzeba zdawać egzaminu to ok, ale dlaczego nie wprowadzili choćby obowiązku 1-godzinnego > przeszkolenia? Bo to by kosztowało, a przy dzisiejszym dostępie do wiedzy niech ludzie wykażą się inicjatywą bo troszczą się o swoje życie i zdrowie i mają się nauczyć o nie dbać sami, a nie przez paragrafy, dokumenty i zaświadczenia. > OSK ledwo zipią, bo nie ma kursantów, można było im w ten sposób choć trochę pomóc. To byłoby niemoralne. OSK muszą walczyć jak każdy, inny usługodawca. Ceną i jakością. Poza tym kurs na 125 to i tak margines. Liczy się kat. B. W całym świecie szkoleń na PJ brakuje - jak w PZPN - rewolucji pokoleniowej. Powinno być nowe, ciekawe, fascynujące z pomysłem, a nie tylko trudniej, trudniej, trudniej...i w końcu odstraszająco. Dla mnie bohaterem będzie ten, który wymyśli system szkoleń, który będzie zarażał miłością do motoryzacji jak ebola. Wtedy będą chętni, będzie kasa i będzie bezpiecznie. Ale najważniejsza rzecz: Tylko dobrowolność poprawia sytuację. Nakaz, obowiązek itp. do demoralizator factor.
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Bardziej chodziło mi o wspomniane "feralne" piaggio. Dla mnie to kolejny przykład, że pomysł aby dopuścić tylko automaty był idiotyczny. Dobrze, że upadł. Odważę się postawić tezę, że efekt "porwania kierującego" jest mniej możliwy w przypadku motocykla gdy ruszenie jest uzależnione od lewej klamki (sprzęgła). Jeśli wciskamy sprzęgło, ustawienie rąk jest inne, bardziej prawidłowe (automatycznie) niż w skuterze, który ma skrzynię automatyczną - fakt - ale sprzęgło odśrodkowe. Także jeśli ktoś powie, że motocykl o podobnej wielkości jest łatwiejszy do nauki jazdy niż skuter to nie będę oponował. Może dla kogoś tak być. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Nie wiem, do ilu się rozbujał > ten rozgarnięty_inaczej kolega, ale jak widać prawdopodobieństwo wywalenia w słup byłoby > podobne również na 50tce. Oczywiście, że tak! Mało tego. Gdyby jechał na rowerze...na tylnym kole, wylądowałby na plecach. Można też złośliwie powiedzieć, że gdyby kroił chleb uciąłby sobie palec lub gdyby kosił kosą spalinową, skosiłby samego siebie. Popełnił błąd dość oczywisty, trzymał się kierownicy, siedział za bardzo z przodu i go porwało. Ale wystarczyło mu powiedzieć "dupa do tyłu, palce na klamki" co trwałoby 3 sekundy i nie można by tego nawet nazwać szkoleniem. I nie mówię teoretycznie. Pamiętam wiele moich pierwszych razów na quadzie, skuterze wodnym, skuterze śnieżnym, ciężarówce, ładowarce, ratraku itd. i wystarczyło kilka słów podstawowych, żeby nie zrobić żadnych szkód. pzdr
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> Skuter piaggio manual? A jest taki. Piaggio Vespa PX 125.
-
wszystkie 125 zalane pod korek ?
> ale jednak 50 to automat 50-ki są automaty jak i manuale. Skutery zwykle A/T (CVT), a motorowery - jak doskonale napisał redaktor na pierwszej stronie wyborczej kilka dni temu - mają skrzynię ręczną. Kij, że nogą się operuje. > a 125 to przeważnie manuale. 125-ki też są automaty i manuale. > Jak nigdy nie jeździł to mógł > się potracic ze nagle trzeba użyć rąk i nog równocześnie W samochodzie też trzeba używać rąk i nóg równocześnie. Różnica, która może być problemem i działa na niekorzyść skuterów to ich dziura między nogami. Motocykl czujemy nogami (udami), a skuter tylko tyłkiem. Masa, wysokość siedziska, która może być niedostosowana do kierującego i podatność na "walenie się w zakręt" może być trudnością, a nie rodzaj skrzyni biegów. Uważam nawet, że dla samochodziarza bardziej naturalny jest motocykl bo można hamować prawą nogą. W skuterze jest pod rowerzystę układ. Pozdrawiam.