Ochlon? Mnie te argumenty po prostu bawia, wiec moze dlatego tak to odbierasz
Oczywiscie mam pelna swiadomosc, ze elektryki zostana nam, predzej czy pozniej wcisniete do gardla przez unijne regulacje, ale dopoki tak nie jest, pozwole sobie jednak miec wlasne zdanie i samodzielnie zdecydowac, ze nie kreci mnie ladowanie samochodu co 2h na trasie, ani w miescie, ani ciagniecie przez balkon 30m przedluzacza, zeby podladowac moj samochod. Absurdalne jest dla mnie to, ze musze sie w ogole z takich oczywistosci tlumaczyc :).
Nie trzeba sie bylo podpinac pod offtopa, to bys nie wpadl w "ogien krzyzowy" . Moje pytanie w tym watku w zadnym miejscu nie wspomina o EV, a od dwoch stron toczymy idiotyczna, jak dla mnie, dyskusje na temat planowania tras nad morze i szybkosci ladowarek.
Jesli chodzi o predkosc mysle, ze raczej umiarkowany (srednio 140-170km/h na tempomacie, zaleznie od warunkow drogowych), ale dla Ciebie zapewne pirat drogowy ;).
Na autostradzie bywam srednio raz w tygodniu + kilka krotkich tras w tygodniu. Tez nie mialbym gdzie ladowac elektryka, ale nawet gdybym mial, to bym go nie kupil, bo to dla mnie absurdalna strata czasu.
Przelicz sobie na spokojnie ile kosztuje godzina Twojej pracy, a potem zastanow sie ile czasu/ pieniedzy rocznie doslownie marnowalbys na krecenie kolek wokol ladowarki. Czas to jest najcenniejszy zasob, jaki mam w zyciu i jedyny, ktorego nie da sie odzyskac. Mam mnostwo ciekawszych rzeczy do roboty niz ladowanie czegokolwiek i patrzenie jak rosna procenty baterii, wiec o ile 5 minutowe tankowanie jest jeszcze akceptowalne, o tyle wielogodzinne ladowanie EV juz absolutnie nie .
O dziwo, w zeszlym roku zrobilem samochodem trase Litwa-Lotwa-Estonia i w tych krajach da sie jezdzic przepisowo, bez nieustannego, nerwowego zerkania w lusterko w obawie przed rozmaitymi polskimi scigantami :). Za 10 lat w Polsce moze bedzie podobnie. Poki co, nie mam zamiaru sie pocic patrzac w lusterko jadac A4lą, wierząc w moralną prawidłowość mojej przepisowej jazdy.
Nie bardzo widze powod, dla ktorego mielibysmy kazdego kierowce "mocnego i prestizowego" (o ile dla kogos Audi/BMW/MB to jest "prestiz" ;D) samochodu traktowac z defaultu jak drogowego chama, siedzacego ludziom na zderzaku i "spychajacego" ich z drogi. Mozna byc kulturalnym kierowca BMW E36 i skonczonym chamem w Cinquacento, ale rozumiem wewnetrzna potrzebe samopodbudowania kosztem innych. Rozumiem i wspolczuje.