E, nie tak bardzo. Moda na strzyżone trawniki przyszła do nas z zachodu. Teraz tam już są trochę inne trendy i za parę lat to przyjdzie do nas. W taki trawnik musisz pakować w cholerę chemii i jeszcze więcej wody (jak pisali koledzy powyżej). W zamian masz coś, co powiedzmy że ładnie wygląda i fajnie się na tym łazi, leży, chleje browar. Natomiast trawnik nie daje cienia, nie obniża temperatury, nie kumuluje wody opadowej, nie jest bogatym siedliskiem dla różnych pożytecznych stworzeń, jest bezużyteczny dla pszczół. To wszystko mogą dać odpowiednie nasadzenia (przy odpowiednim doborze nie są bardzo pracochłonne; magnolia to zły przykład, bo to roślina u nas egzotyczna, więc i dość upierdliwa) lub, o zgrozo, tzw. nieużytek, na którym rośnie sobie co chce i ze dwa razy w roku to skosimy. Ja jestem zwolennikiem trawnika takiej wielkości, jakiej rzeczywiście potrzebujemy do grilowania albo do zabawy dla dzieci, i nie widzę powodu, żeby walczyć np. z koniczyną lub mchem. Tysiące metrów kwadratowych sztucznie utrzymywanej monokultury to bezsens, zwłaszcza że klimat się ociepla i problemy z wodą też zapewne będą się nasilać.