Nadal będę się upierał, że dla mnie zbiorkom jest maksylanie niekomfortowy.
Ostatnia robota do której musiałem jeździć zbiorkomem, to taka, do której jechałem 16 minut rozkładowo tramwajem. Autem byłoby dłużej, plus dodatkowo płatna strefa. Stąd tramwaj.
Nienawidziłem tej pracy, właśnie przez dojazd zbiorkomem, chociaż sama praca była zupełnie ok.
Inna, z metrem. Jeszcze w Pradze czeskiej. Firma zmieniła biuro i zamiast w miarę bliskiego z darmowym parkingiem, miałem nieco dalej, ale metrem. Metro tam rozbudowane, kursuje często. Tortury
Jechac tak, ze wzrokiem w podłogę, bo gdzie nie spojrzysz to napotkasz czyjś wzrok. Siedzisz na ławeczce, ramię w ramię z kimś ocierającym się. Ciasno.
Ić Pan w....
Było za daleko na rower, a dodatkowo jeździłem wtedy do tej samej pracy z żoną, która na rower by się nie zdecydowała, chociaż tak samo złorzeczyła na metro
Nawet jak do ogólniaka musiałem jeździć autobusem, bo przecież prawka nie miałem, nie mówiąc o budżecie rodziców, to był dramat.
Wybiorę rower, jak tylko będę mógł. Idealnie hulajnoga do tego celu, bo nie upocisz się wcale, a w razie "W" (pogoda, czy flak), wsadzisz to awaryjnie do autobusu bez problemu.
Ja garniaka na szczęście nie musiałem, ale drugi Tshirt plus dżinsy w plecaku nie były problemem w przypadku roweru.
Jakby mi starzy zaproponowali taki jeździk co to jest przedmiotem tego wątku, to chyba bym klaskał uszami ze szczęścia.