Geneza leży głęboko w przepisach z lat 60-tych.
Jednak to skąd ona pochodzi, jest wg mnie bezprzedmiotowa, bo przepisy są takie, jakie są.
A problemem jest to, że nikt nie chce tego naprawić nawet, jeśli coś jest ewidentnie źle. Obchodzi się to w taki sposób, że na przykład w testach na prawo jazdy wali się pytania z odpowiedziami nie do końca zbieżnymi z PoRD. Mogę to zrozumieć, bo przemyca się w ten sposób też pewne dobre tezy. Nie mniej uczy się czegoś, co nie ma oparcia w przepisach.
Uświadamiałem kogoś ostatnio, że to, że testy na PJ sugerują, że jak pieszy zbliża się do przejścia lub na nim jest (w domyśle w dowolnym miejscu), zabrania się wjazdu na przejście - to nie ma to pełnego oparcia w PoRD. I mogę jeszcze takie podejście zrozumieć. Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego nie pokazuje się tekstów źródłowych, tylko ciągle wciska jakieś interpretacje kultywując coś, czego de facto nie ma, ale my i tak wiemy lepiej, co sklecający to miał na myśli. A jak wiesz, takie przykłady w PoRD funkcjonują od lat, "bo wszyscy wiedzą" co one mają oznaczać.
I życzyłbym sobie, żeby sposób kodyfikacji był inny - taki właśnie "dla ludzi". Tylko że w drugą stronę to nie działa, bo jak się zdarzy "coś", to pan prokurator będzie się czepiać przecinków udowadniając, że w zasadzie to możesz mieć rację, ale tak naprawdę, to przepis mówi coś innego, więc jej nie masz.