Najbardziej awaryjnym z moich samochodów jest obecny Jaguar. W ciągu pierwszych 100kkm zepsuł się aż dwa razy, plus jedna wada fabryczna. Pierwszy raz zepsuł się mechanizm wysuwajacy kółko do zmiany biegów - zablokowała się zębatka za kilka centów. Drugim razem spadła rura doprowadzająca powetrze do turbo bo puścił cybant. Rura trochę przy tym oberwała więc dali nową. Wada fabryczna to słabo stykające gniazdo na kartę SIM, zdarzało się, że jej nie widział. Wymienili na nowe.
I tyle. A Jag i Land Rover to przecież okrutnie awaryjne marki podobno.
Dla porównania Ranger w ciągu pierwszych 100kkm zaliczył awarię mechanizmu składającego elektrycznie lewe lusterko oraz anteny GPS. Pierwsze naprawione na gwarancji, drugie po gwarancji. Skrzynia czasem szarpie bo jej się rozjeżdżają mapy (ale też się czasem sama naprawia, pewnie wskutek autoadaptacji) ale podobno TTTM więc trudno to uznać za awarię (zwłaszcza jeśli się sama naprawia).
Jag mojej żony (tu jest dopiero 50kkm ale już kilka lat): ZERO awarii lub problemów. Po prostu jeździ.
A najbardziej (i jednocześnie najmniej, bo mam tylko jeden) awaryjnym z moich nie-samochodów jest francuski skuterosamochód. Tutaj w ciągu roku i 8kkm znaleźliśmy źle przykręcony ręczny hamulec i źle wyregulowane cięgno do otwierania maski. Dodatkowo kuna zjadła przewód od klimy. Dwie pierwsze rzeczy usunęli przy okazji przeglądu w ramach gwarancji, za naprawę klimy musieliśmy zapłacić.
Myślę, że w większości przypadków sytuacja jest demonizowana. Jeśli auto nie ma jakichś znanych fakapów to gdy coś nie wyjdzie w pierwszych dwóch latach gwarancji to można założyć, że auto było dobrze poskładane. A jeśli ma paść coś grubego, jak skrzynia czy silnik to i tak zwykle pada tuż po gwarancji, jaka by ona długa nie była.
PS. Jagi zostały wyprodukowane w GB, Ford w RPA a skuterosamochód we Francji (tego to się bałem najbardziej).