dzisiaj miałem styczność z człowiekiem, który wzbudził mój szok i niedowierzanie znalazłem fajnego vana. gość z rozmowy sympatyczny. dorabia sobie na emeryturze sprowadzaniem aut. dojazd kilkadziesiąt km, więc nie ma tragedii. auto na tablicach austriackich. po vinie wychodzi, że bezwypadkowe. na oględzinach okazuje się, że inny vin . przebieg 225kkm do zniesienia. ale fotel kierowcy wygnieciony jak stary zmywak. plastiki odstają od słupków jakby były z innego modelu. listwy ozdobne wewnątrz klejone na jakiś butapren, bo odstają razem z klejem. maska zrobiona photoshopem wyglądająca jak pupa niemowlęcia, a w rzeczywistości pokryta jakimiś purchlami i rdzawym nalotem.
gość wytłumaczył mi to niezidentyfikowaną substancją, która została użyta do jej zniszczenia (info od właściciela).
zimny silnik odpala od strzała, więc mówię zróbmy jazdę próbną. gość siada i daje w palnik. drogi ze spowalniaczami i ograniczeniami do 30 a ten ciśnie 90. panie zdrowy silnik można ile fabryka. po jeździe zaglądam w dokumenty, które miały być. w książce serwisowej ostatni wpis tydzień temu, a gdzie ...w mińsku maz. sam zrobił przegląd ! myślę sobie, że w tych czasach auto za czapkę gruszek potarguję się, zrobię rozrząd i będzie się kulać. gość pokazuje mi umowę "na austriaka" i mówi że mam wpisać swoje dane. poza tym jeszcze tylko akcyza (panie 600 a może 800!), laweta do domu i jestem szczęśliwym posiadaczem odpadu samochodowego.
zadałem mu jeszcze intymne pytanie jak wrócił tym autem z austrii. skubaniec wsiadł w autobus z tablicami z jednego ze swoich szrotów, po czym po zakupie je przykręcił i przyjechał jako turysta
cieszę się, że poznałem tylko część tej historii. po zakupie doświadczyłbym pewnie wielu innych wrażeń.