Minęło dużo czasu - 14 miesięcy. Bezprawny zakaz wisi jak wisiał. Spółdzielnia nie wyłączyła prądu na użyczanym łączu 16A po dziś dzień.... Ale żmudnie staraliśmy się robić swoje i wydaje się, że cel jest już blisko... Ale mogę sobie teraz pozwolić na podsumowanie. Znacie sytuację na chwilę, gdy spółdzielnia wprowadziła do regulaminu zakaz wjazdu pojazdów elektrycznych, zakaz ładowania akumulatorów i temu podobne zapisy, oraz wymówiła nam umowę na dostarczanie energii elektrycznej do gniazdka w garażu. Może kogoś zainteresuje dalsza historia.
W odpowiedzi na pismo ze spółdzielni, że wymawiają nam dostawę energii elektrycznej napisaliśmy pismo. A w nim, że zakaz wjazdu jest bezprawny. Że spółdzielnia ma obowiązki wynikające z ustawy o Elektromobilności. Że nie mogą mi zabronić korzystania z mojego samochodu który jest dopuszczony do ruchu, ma homologację i że garaż też jest mój, zapłacony z KW i niech się gonią. Napisaliśmy też, że w związku ze wskazanymi nieprawidłowościami prosimy o zawieszenie odłączenia EE do czasu wyjaśnienia sprawy. O dziwo prądu nie wyłączyli, ale najpierw odpisali, że przekazują pismo radzie nadzorczej, a po jakimś czasie, że rada nadzorcza wnikliwie zapoznała się z naszym pismem i że finalnie pozostaje przy swojej opinii. Bez żadnego odniesienia się do zawartych przez nas konkretnych odniesień do zapisów prawa.
Odpisaliśmy raz jeszcze, oraz wystąpiliśmy do spółdzielni o sporządzenie przez firmę trzecią ekspertyzy. Zamawiająca pani zamówiła za nasze pieniądze ekspertyzę elektryczną wraz z opinią ppoż (tu zwracam uwagę przyszłych zainteresowanych montażem ładowarki EV) - nie widzieliśmy w tym nic niepokojącego. Do czasu.
Firma, w której zamówiono opinię przez 3 tygodnie się tym nie zajmowała. Dostarczyła oba dokumenty z opóźnieniem i tu nastąpiło zderzenie ze ścianą. Ponieważ o ile ekspertyza elektryczna była pozytywna (z perspektywy czasu też debilna, ale do tego wrócę), to opinia ppoż nakazywała zamontowanie w garażu instalacji tryskaczowej lub SUG-u oraz wybudowanie ścian ognioodpornych, niezależnie od istniejącego już systemu wykrywania dymu, automatycznego powiadamiania PSP o pożarze. Następnie spółdzielnia (po ustawowym terminie) wydała warunkową zgodę pod warunkiem wykonania przebudowy wynikającej z opinii ppoż. W/g nich na przebudowę potrzebna jest zgoda wszystkich właścicieli.... (zaczyna Wam się kleić?)
To co trzeba załatwialiśmy równolegle z ZE i tam nie było problemu, wszak klient chce płacić. Jednak żadna z firm nie miała ochoty zrealizować łącza wskazując, że przy takiej opinii ppoż oraz zgodzie warunkowej (której prawo nie przewiduje) nie będą w stanie tego zrealizować. W sumie ciężko się im dziwić, bo wolą montować bez awantur.
Napisaliśmy reklamację w sprawie opinii ppoż - że jest niespójna (zamiennie używane słów niezbędne i zalecane) oraz, że tak ostre warunki nie są wymagane na stacjach publicznych wysokich mocy. Dostaliśmy odpowiedź - że jest ok i że to tylko opinia. I że możemy sobie z tej opinii skorzystać, albo i nie. I żebyśmy się generalnie "walili na ryj"...
Tu nastąpiło już poważne załamanie, ale wpadłem na pomysł, że zlecimy wykonanie firmie, która te idiotyczne kwity wystawiła. Trudno. Będzie drogo, ale sprawa zrobiła się ambicjonalna... Tak więc zadzwoniłem do firmy i pan prezes zdziwił się okrutnie, że to bardzo dziwne, że ekspertyza była pozytywna, a oni nie przedstawili oferty na montaż. Następnie przesłali ofertę, którą przyjęliśmy. Poprosili o dokumenty. Wysłaliśmy im ich własne dokumenty wraz z "warunkową" zgodą... Minęły 2 dni i zadzwonili, że na podstawie tych dokumentów nie dadzą rady nic zamontować, oraz, że opinia ppoż jest idiotyczna. Odpowiedzieliśmy, że sami takie wystawili i że teraz my mamy w nosie i niech montują.
Sprawa umarła na kilka tygodni. Następnie firma przysłała zmienioną opinię ppoż (też debilną, ale bez przebudowy garażu- w dodatku wysłali tylko do nas). Następnie napisali, że wrócą z ofertą zgodną z nową opinią ppoż. Potem znów cisza. Następnie po przypomnieniu się odpisali, że nie dadzą rady zrobić przyłącza wcześniej niż w maju 25 i żebyśmy poszukali innej firmy. Poprosiliśmy o twardy termin w maju, ale zbywali nas jak mogli. Kazali kontaktować się po majówce. Z pianą na ustach kazałem wysłać nową opinię do spółdzielni (wszak to ona to zlecała). Wysłali mail z samym załącznikiem, bez żadnego opisu. W dodatku data i numer był taki sam jak w opinii pierwotnej.
W międzyczasie spółdzielnia napisała, że skoro się nic nie dzieje, to oni wyłączają prąd. Odpisaliśmy, że się dzieje, że dokumenty są prostowane i poprosiliśmy o nie wyłączenie prądu do czerwca (twierdząc, że na czerwiec planowany jest montaż). Dodatkowo napisaliśmy, że umowa o dostarczanie EE do garażu zgodnie z umową mogła zostać wymówiona w wypadku zwiększenia się ilości samochodów elektrycznych w garażu, a to nie nastąpiło). Napisaliśmy też że wpłynęła zaktualizowana opinia ppoż. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
W lutym zobaczyłem, że w garażu ekipa robi podłączenie elektryczne do lokalu użytkowego w budynku. Zacząłem gadać z elektrykiem. Okazało się, że ciągną 50kW na potrzeby gastronomi. Trochę pogadałem z instalatorem. Okazało się, że przyłącze robią na pałę. Bez kwitów których wymagali od nas. W dodatku kabel idzie przez nasze miejsce parkingowe. Dostałem wścieklizny, bo zacząłem się zastanawiać czy "wystarczy dla nas prądu". Próbowałem gadać z instalatorem, który montował konkurencyjne łącze, ale niby chciał montować, ale okazało się to stratą czasu.
W akcie desperacji znalazłem kilka numerów instalatorów w internecie. Jeden odpowiedział zachęcająco - odebrał telefon w piątek koło 18.oo, zajął się tematem w sobotę. Przejawiał zainteresowanie, przejrzał dokumenty. Stwierdził, że musi przyjechać na wizję. Po tygodniu podjechał, pooglądał i mówi: wie pan, jak była robiona ekspertyza to tego grubego łącza nie było. Może się okazać, że nie da się uzgodnić z ZE tego łącza.
Koleś zajął się tematem na poważnie. Zrobił wycenę (całkiem sensowną). Przyjąłem ją. Ekspresowo zrobił dokumentację (choć spółdzielnia w osobie tej samej pani, która zlecała ekspertyzę) robiła problemy w dostępie do dokumentacji. Wysłał wszystko do ZE. Po tygodniu napisał, że ZE kazał wnieść poprawki, ale nie "utrącił" sprawy. Po kolejnym tygodniu udało się uzgodnić warunki przyłączenia. Montaż został wyznaczony na 1 kwietnia, a instalator przygotował dokument gotowości i kazał zdobyć pieczątkę i podpis ze spółdzielni. Wysłaliśmy maila do spółdzielni z informacją, a dokumenty (projekt i dokumentację, oraz stwierdzenie gotowości) zaniosłem osobiście. Powiedziano mi, że rzeczona pani się do nas odezwie. Po 2 dniach otrzymujemy maila (oczywiście od pani, bez podpisu zarządu), że się nie zgadzają, że nie ma uchwały i że mamy zakaz przyłączenia się do instalacji...
Tego było za dużo. Wystosowaliśmy pismo, że jeśli natychmiast nie dostaniemy zgody, to imiennie pozwiemy członków zarządu imiennie (bo co spółdzielcy winni?) o zastępcze wyrażenie woli oraz o odszkodowanie. Już popołudniem pani prezes napisała maila proponując spotkanie celem omówienia tematu. Odwołaliśmy instalatorów i w bojowym nastroju poszliśmy na spotkanie. W razie dalszych problemów chcieliśmy podjąć temat drugiego łącza. Pani prezes przyjęła nas sama (obstawialiśmy, że będzie tłum) - zapytałem czy zna sprawę. Okazało się, że nie. Przy nas zaczęła przeglądać teczkę sprawy. W zasadzie bez słowa podpisała protokół. Poprosiłem też o wygenerowanie informacji o planowanych pracach z miejscem na datę. Bez problemu otrzymałem dokument w kilku kopiach celem poinformowania mieszkańców.
Nowy termin instalacji został wyznaczony na dziś. Przyszli ludzie - zrobili... Podpisałem umowę z ZE. Pozostaje czekać na instalację licznika i uruchomienie ładowarki....
Jak temat będzie całkowicie zakończony, to napiszę Wam jeszcze o firmach z którymi się kontaktowałem oraz o ogólnych odczuciach z całej sytuacji...